Mam jakieś 7 lat. Babcia zabrała mnie na wycieczkę do Paryża.. Przed chwilą weszłyśmy do Musee d'Orsay. Przeszłam szybko obok wszystkich, znanych mi wcześniej z programów na Discovery obrazów. Zatrzymałam się na chwile przy mniej znanych szkicach. Weszłam w zakątek z portretami. Te których nie znałam zatrzymały mnie na kilka godzin. Babcia wyciągała mnie stamtąd siłą!
Następnego dnia idziemy do Luwru. Przebiegamy między najważniejszymi punktami wycieczki. Wenus z Milo, Nike z Samotraki, Mona Lisa. Zajmuje nam to parę godzin. Na odwiedzenie części egipskiej, którą chciałam zobaczyć brakło czasu. Na koniec jedynie (jak 90 % turystów) zgodnie stwierdziłyśmy, że Gioconda "jakaś taka mała".
10 lat później zdaję maturę z historii sztuki. Godzinami siedzę nad książkami, przyglądam się obrazom, które chciałabym kiedyś zobaczyć "na żywo". Bacon, Warhol, Kokoschka..
Parę lat później mam okazje.
Jestem w Waszyngtonie, w Smythsonian. Mam tylko godzinę do zamknięcia muzeum. Na początku zestresowana, że nie zdążę, chodzę nerwowo przyglądając się płótnom, szkicom, plakatom. Okazuje się, że czasu aż nadto. Wszystko mnie po prostu nudzi.
Dwa dni później jestem w Nowym Jorku w kolejce do MoMA. Kolejka długa, bo właśnie rozpoczęły się darmowe godziny zwiedzania muzeum. Stanie w kolejce okazuje się ciekawsze od samego bycia w środku. Podekscytowani ludzie są ciekawsi od tego czym się ekscytują. Obrazy? Cóż, już je widziałam.
Lecąc do Oslo myślałam; zobaczyć Muncha, zobaczyć Muncha... niestety moje finanse pozwoliły mi jedynie na wybór między krótkim rejsem a muzeum. Fiordów jeszcze nie widziałam, a SZTUKA? Wujek google już mi ją pokazał...
Pisząc to, jestem tuż po krótkim spacerze po stolicy Norwegii. Przechadzając się bocznymi uliczkami trafiłam na miejsce gdzie stały galeria na galerii. Spędziłam tam prawie godzinę przyglądając się wszystkiemu przez okna (wszystko zamknięte, był już wieczór). Opuściłam uliczkę tylko dlatego, że odmroziłam sobie twarz. Jeszcze chwila i nie miałabym czym patrzeć na przedziwne czasem bezsensowne instalacje, twórców tak mało znanych, że pewnie nawet ich matki nie rozpoznają ich rzeźb (a kto wie czy oni sami się czasem nie pomylą)
Byłam zauroczona.
Cudowne mamy życie. Nie musimy ruszać się z domów by zobaczyć słoneczniki van Gogha czy dziabdziaje (poproszę lincz za to słowo)Pollocka. Tylko co zrobić z tymi, którzy z tego domu się ruszają? Oczywiście są tacy którzy lubią odhaczać i nabijać na licznik miejsca, w których byli, oryginały, którym zrobili nielegalne zdjęcie. Ale co z tymi którzy chcą coś odkryć?
A może jestem po prostu niewzruszoną ignorantką? Nie wiem.
Dlatego powstrzymuje się od oglądania zdjęć miejsc do których jadę. Lubię się zaskakiwać. Dla świata pewnie już nic nie odkryję. Ale mogę odkryć wiele dla siebie.
W większości ludzi jest chyba ta sama potrzeba, która była w tych szaleńcach, co próbowali opłynąć ziemię (teraz jest łatwiej, bo już nie jest płaska). STWORZYĆ MAPY.To trochę jak ze znalezieniem świetnej piosenki, której nikt jeszcze nie zna.
Całe szczęście, ludzie wciąż się rodzą i wyrastają na artystów, o których jeszcze nikt nie napisał i których wciąż można odkryć. A wszechświat stale się rozszerza.
Czego sobie i państwu życzę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz