Po dwóch dniach, w umówmy się, nie za ciepłej Norwegii ląduję w Maladze. Od razu ściągam z siebie wszystkie swetry, kurtki szaliki i trzy pary skarpet. Jest 15 stopni, co dla mnie, biorąc pod uwagę fakt, że mamy luty, jest egzotycznym upałem.
Czuję ten niepowtarzalny śródziemnomorski zapach. Już wiem, że dobrze zrobiłam. Kupuję bilet do centrum w automacie, który od razu zżera mi kartę. No tak...
Z podziemi wyrasta mi Alvaro, który nie wiedzieć jak, odzyskuje mój jedyny dostęp do pieniędzy. Alvaro (któż wie jak naprawdę ma na imię) ma 70 lat i minę, która mówi; "kolejny durny turysta". Z tego miejsca chciałabym go gorąco pozdrowić.
Wysiadam w centrum i nie mam pojęcia co dalej. Szukam nieudolnie knajpki z wifi. Zataczając koła, wokół stacji z której wysiadłam trafiam na kiosk. Kupuję mapę. Mapę, na której widnieją jedynie nazwy głównych ulic. Całe szczęście niedaleko jest centrum handlowe, a tam informacja turystyczna. Miły pan z informacji mówi po angielsku i tłumaczy mi dokładnie gdzie mam iść, by trafić do hostelu. Tłumaczy jak krowie na rowie. Na mapie pokazuje mi tysiące różnych wersji dróg i wypisuje nazwy miejsc, które mam minąć. "You have to pass the riva. Riva!"
W końcu trafiam do hostelu (najbardziej luksusowego w jakim zdarzyło mi się spać). Szybkie Hola! do moich skacowanych, hiszpańskich współlokatorów, prysznic i już jestem z powrotem na ulicy. Nie muszę iść daleko. Hostel znajduje się na starym mieście. Spacer.
Po 10 minutach zaczepia mnie starszy pan pod krawatem, nazwijmy go Pablo. Zna kilka słów po angielsku, oferuje, że pokaże mi drogę do pięknie podświetlonego wieczorem zamku. Przystaje na propozycję. Po drodze opowiada o Picassie, głównie po hiszpańsku, ale coś tam rozumiem. Kiedy chce skręcić w pustą, ciemną uliczkę zaczynam węszyć podstęp, mówię, że dalej poradzę sobie sama. No i się zaczęło, że pieniądze, że mieszka na plaży, że ma niño, i że money mogę rozmienić tam. Po 10 min daję za wygraną, daję mu trochę drobnych. Już chcę sobie iść kiedy łapie mnie za rękaw i pyta "Tu smoke haszysz?".
Po tej miłej przygodzie stwierdziłam, że trzeba mi ten czas tu spędzić samotnie.
Pablo okazał, się być ostatnią osobą mówiącą po angielsku. Moja dalsza komunikacja opierała się na przypadkowo używanych słowach; hiszpańskich, francuskich, angielskich, rosyjskich i polskich...
Miało to miejsce np. w trakcie zamawiania posiłku:
- Hola! Do you tenemos pealla vagetariana?
-Si.
- Dobrze.. I mean haraszo... I mean D'accord. Una paella por favor i cafe con leche.
- Si.
Moja paella vegetariana okazała się posiadać w środku krewetki i niezidentyfikowane mięso. Kiedy przemiła kelnerka przyszła zabrać talerz, z którego zniknął jedynie ryż, powiedziała...
- Aaaa... vegetariana!
Malaga. Koniec części pierwszej bo idę spać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz