poniedziałek, 3 lutego 2014

Islandia w 6 godzin i 2 swetry

Już od dłuższego czasu chciałam tam pojechać. Perspektywa bycia w miejscu gdzie nie ma nic i nikogo, tylko wulkany i gejzery, była wystarczająco bezsensowna by zaczęła mnie pociągać. Nie dało się tam jednak dotrzeć na piechotę, wpław wolałam nie próbować, bilety lotnicze w cenach czterocyfrowych...
Wyszukiwarka lotów zesłała mi jednak nadzieję. Wracałam wtedy ze Stanów. Trafiła mi się przesiadka z sześciogodzinnym oczekiwaniem na samolot. Koło Reykjawiku. Wujek google powiedział, że lotnisko jest w mieście, a europejski paszport pozwolił mi to lotnisko opuścić.
Hura!
Był początek października, wylatywałam z Nowego Jorku. Temperatura ok. 20 stopni, ludzi więcej niż dużo. Weszłam do samolotu, zasnęłam. Obudziłam się przy lądowaniu. Z półotwartymi oczami przeszłam przez kontrolę paszportów, minęłam drzwi...
20 stopni zmalało o 19, ludzie gdzieś wyparowali. Spojrzałam przed siebie. Ocean i góry. Spojrzałam w prawo; nic, nic, nic, nic. Spojrzałam w lewo; gejzer. W oddali zobaczyłam jadący autokar, zaczęłam biec w jego kierunku wykrzykując losowe słowa. Autokar się zatrzymał. W środku była trójka ludzi. Kierowca - rodowity Islandczyk oraz amerykańskie małżeństwo. Okazało się, że małżeństwo jest bogate, jedzie do hotelu Mariot i w sumie zgadza się, żeby mnie podwieźć swoim wynajętym autokarem, który mieścił tylko ich, kierowcę dwie walizki no i od teraz jeszcze mnie.
Amerykanie jak to amerykanie, mają fioła na punkcie wielkości i ilości więc w swoim wielkim środku transportu opowiadali jakich to oni krajów nie zwiedzili. A w zasadzie to ile. Bo odwiedzone miejsca podawali w liczbach. Każdy kraj nabity na licznik.
Pan kierowca ewidentnie ich nie polubił. Ale mnie i owszem, pozwolił mi usiąść koło siebie i zaczął opowiadać o skałach, magmie, legendach, o tym, że te góry tam to nie góry tylko wulkan, że jego dzieci już stąd wyjechały bo nic tu nie ma, a ta mała biała chatka, tam nad oceanem to dom pani prezydent.
Dowiedziałam się całkiem sporo, bo choć google ewidentnie pokazywało, że lotnisko jest w centrum miasta to jechaliśmy tam 40 min. W końcu jednak dotarliśmy i okazało się, centrum stolicy Islandii składa się z 2 (słownie dwóch!?), ulic po 50 m każda oraz braku ludzi. Zrobiło mi się już bardzo zimno więc weszłam do pierwszej lepszej kawiarni jaką znalazłam.
I właśnie tam znaleźli się ludzie. Cała populacja Islandii stłoczyła się w tym dziwnym miejscu o powierzchni 10 m2. Ludzie siedzieli, na krzesłach, stolikach, podłodze, za barem, w drzwiach do kuchni. Prawdopodobnie każdy z nich znał angielski. I wszyscy mieli na sobie puchowe kurtki. Wypiłam espresso za około milion i wyszłam. Była jakaś 8 rano w poniedziałek (bądź inny irracjonalny dzień tygodnia). Poszłam do portu. 2 jachty i 2 kutry. A w środku portu wielki oszklony nowoczesny budynek, który okazał się być filharmonią (?!?). Wyglądało to tak jakby ktoś postawił Złote Tarasy w miasteczku, w którym jest 76 mieszkańców. Nagle ze szklanego kolosa zaczęli wysypywać się ludzie z trąbkami, puzonami, tubami... Szli ulicą i nikli w oddali. Dalej, w promieniu kilku kilometrów połyskiwał lodowiec.
Zakochałam się w tym miejscu.
Niestety niedługo potem musiałam wracać. Powodem było nawet nie to, że musiałam złapać samolot. Po prostu zamarzałam.
Już na lotnisku weszłam na chwilę do kiosku. Okazało się, że sprzedawca mówi po polsku (tak, w kraju w którym praktycznie nie ma ludzi, sprzedawca w kiosku na lotnisku mówi po polsku ?!?!?!). Porozmawialiśmy chwilę. Cieszył się, mogąc sprawdzić czy rozumie, czy rozumiem ja.
Na odchodne powiedział mi; Macie dziwny język. Musicie mieć też dziwny kraj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz