Pierwszy autobus z Malagi miałam o 11:00, ostatni powrotny o 19:00, co przy dwugodzinnej podróży dawało mi jakieś 6 godzin. Kiedy dojeżdżając na miejsce zobaczyłam górę na jaką miałam wejść by spotkać się z małpami delikatnie się wystraszyłam, że może nie starczyć mi czasu, więc gdy tylko autobus się zatrzymał wystrzeliłam jak z procy. Samo dojście do wejścia do rezerwatu Upper Rock okazało się dość męczące. I nie chodziło tu nawet o tysiące schodków prowadzących przez miasto, czy o słońce, które grzało wyjątkowo mocno jak na tę porę roku. Najbardziej wykańczające były tłumy turystów, które były dość zaskakujące, biorąc pod uwagę fakt, że było po za sezonem. A może to nie turyści? Gibraltar jest ponoć jednym z najbardziej zaludnionych miejsc na świecie...
Dojście do wejścia do rezerwatu zajęło mi, razem ze zgubieniem się, ok 30 min. 30 min wchodzenia po schodach w pełnym słońcu, wśród rozlazłych turystów. Kiedy dotarłam, dowiedziałam się, że nie przyjmują krat płatniczych, tylko gotówka (a najbliższy bankomat jest, a jakże, na dole). Po zapewnieniu, że nie będę wchodzić do żadnych jaskiń, zamków i tym podobnych, że chcę zobaczyć tylko małpy, przemiły pan w budce powiedział, że w takim razie skasuje mnie tylko 1euro (wszystkie wejścia to koszt ok. 28 euro). Wysypuję więc na tacę kilkanaście 1, 5 i 10 centówek na co pan mówi mi, że muszę mu dać monetę 1 euro bo on ma automat do biletów.
Tutaj prawie się rozpłakałam.
Ostatecznie pan mnie po prostu wpuścił za darmo, za co chcę mu gorąco podziękować; dziękuje Panu!
Przy wejściu dowiedziałam się również gdzie mogę znaleźć małpy, główny cel mojej podróży. Z ręcznie rozpisaną mapką ruszyłam pod górę.
Szłam już jakiś czas... Widoki przepiękne, Afryka woła z drugiego brzegu i nagle... Pojawiła się. Siedziała nieruchomo na środku drogi, słabo widoczna bo słońce wisiało idealnie za nią. Stałam 15 minut bojąc się wykonać najmniejszy ruch... a jeśli ma wściekliznę? A jeśli się na mnie rzuci? A jeśli zza krzaka wyjdzie 30 innych jej towarzyszek? W końcu jednak się odważyłam i zaczęłam pomału podchodzić. W międzyczasie cichutko, niczym ninja zaczęłam wyjmować aparat z torby. W pewnym momencie się poruszyła. Przechyliła się delikatnie na lewo i... upadła na twarz. Podeszłam szybko bliżej by zobaczyć czy nic jej nie jest. Okazała się być pustą torbą z McDonalds...
Brawo!
Doczekałam się jednak swoich małp. Były dokładnie w tych miejscach, o których wspomniał mi pan z okienka. Pierwszą zobaczyłam będąc zupełnie sama na drodze. Zorientowałam się, że tam siedzi będąc jakieś 3 m od niej. Wystraszyłam się i zrobiłam krok do tyłu. Małpa w sekundę wyczuła mój strach zeskoczyła z murka i złapała za moją przewieszoną przez ramię torbę, Szarpałam się z nią jakiś czas rozważając czy nie oddać jej torby (w której miałam również laptopa...). Na szczęście w ostatniej chwili zza zakrętu wyszli moi obrońcy - para sympatycznych Niemców. Zaczęli wykrzykiwać losowe słowa po niemiecku i małpa wróciła do iskania swego dziecięcia. Później trzymałam się już tylko (obcych) ludzi. Wysoki tęgawy Brytyjczyk opowiedział mi, że jedna zeskoczyła mu z drzewa prosto na plecy i próbowała otworzyć jego plecak.
Przyszedł moment by zacząć pomału wracać. Aby to zrobić musiałam niestety oddalić się od ludzi. Szłam drogą już jakąś chwilę będąc pewną, że wszystkie małpy zostawiłam dawno za sobą. A jednak. Spojrzałyśmy sobie w oczy. Od razu wyczuła mój strach i zaczęła iść w moją stronę wyciągając ręce... Nauczona spotkaniem z Niemcami zaczęłam krzyczeć Nie! No! Nein! Niet! Non! podświadomie zastanawiając się, co za różnica w jakim języku będę się bronić. Małpa uciekła, więcej mnie już nie niepokoiła.
Zejście z góry zajęło mi jakąś godzinkę. Kiedy dotarłam do dworca nadchodził już wieczór. W okół było pusto, przy wejściu do holu kręcili się jedynie podejrzani mężczyźni, najpewniej czyhający na nieuważnych turystów. Złapałam mocniej torbę. Zbliżając się do drzwi zobaczyłam jak jeden z nich szepcze coś do swojego towarzysza.
Przypomniałam sobie spotkanie z małpami.
No tak. Nie okazuj strachu.
Zza winkla,tak jak wcześniej Niemcy, wyszła mi na ratunek stara hiszpańska babulinka...
idę jadę lecę
środa, 12 lutego 2014
czwartek, 6 lutego 2014
Malaga w pojedynkę
Po dwóch dniach, w umówmy się, nie za ciepłej Norwegii ląduję w Maladze. Od razu ściągam z siebie wszystkie swetry, kurtki szaliki i trzy pary skarpet. Jest 15 stopni, co dla mnie, biorąc pod uwagę fakt, że mamy luty, jest egzotycznym upałem.
Czuję ten niepowtarzalny śródziemnomorski zapach. Już wiem, że dobrze zrobiłam. Kupuję bilet do centrum w automacie, który od razu zżera mi kartę. No tak...
Z podziemi wyrasta mi Alvaro, który nie wiedzieć jak, odzyskuje mój jedyny dostęp do pieniędzy. Alvaro (któż wie jak naprawdę ma na imię) ma 70 lat i minę, która mówi; "kolejny durny turysta". Z tego miejsca chciałabym go gorąco pozdrowić.
Wysiadam w centrum i nie mam pojęcia co dalej. Szukam nieudolnie knajpki z wifi. Zataczając koła, wokół stacji z której wysiadłam trafiam na kiosk. Kupuję mapę. Mapę, na której widnieją jedynie nazwy głównych ulic. Całe szczęście niedaleko jest centrum handlowe, a tam informacja turystyczna. Miły pan z informacji mówi po angielsku i tłumaczy mi dokładnie gdzie mam iść, by trafić do hostelu. Tłumaczy jak krowie na rowie. Na mapie pokazuje mi tysiące różnych wersji dróg i wypisuje nazwy miejsc, które mam minąć. "You have to pass the riva. Riva!"
W końcu trafiam do hostelu (najbardziej luksusowego w jakim zdarzyło mi się spać). Szybkie Hola! do moich skacowanych, hiszpańskich współlokatorów, prysznic i już jestem z powrotem na ulicy. Nie muszę iść daleko. Hostel znajduje się na starym mieście. Spacer.
Po 10 minutach zaczepia mnie starszy pan pod krawatem, nazwijmy go Pablo. Zna kilka słów po angielsku, oferuje, że pokaże mi drogę do pięknie podświetlonego wieczorem zamku. Przystaje na propozycję. Po drodze opowiada o Picassie, głównie po hiszpańsku, ale coś tam rozumiem. Kiedy chce skręcić w pustą, ciemną uliczkę zaczynam węszyć podstęp, mówię, że dalej poradzę sobie sama. No i się zaczęło, że pieniądze, że mieszka na plaży, że ma niño, i że money mogę rozmienić tam. Po 10 min daję za wygraną, daję mu trochę drobnych. Już chcę sobie iść kiedy łapie mnie za rękaw i pyta "Tu smoke haszysz?".
Po tej miłej przygodzie stwierdziłam, że trzeba mi ten czas tu spędzić samotnie.
Pablo okazał, się być ostatnią osobą mówiącą po angielsku. Moja dalsza komunikacja opierała się na przypadkowo używanych słowach; hiszpańskich, francuskich, angielskich, rosyjskich i polskich...
Miało to miejsce np. w trakcie zamawiania posiłku:
- Hola! Do you tenemos pealla vagetariana?
-Si.
- Dobrze.. I mean haraszo... I mean D'accord. Una paella por favor i cafe con leche.
- Si.
Moja paella vegetariana okazała się posiadać w środku krewetki i niezidentyfikowane mięso. Kiedy przemiła kelnerka przyszła zabrać talerz, z którego zniknął jedynie ryż, powiedziała...
- Aaaa... vegetariana!
Malaga. Koniec części pierwszej bo idę spać.
Czuję ten niepowtarzalny śródziemnomorski zapach. Już wiem, że dobrze zrobiłam. Kupuję bilet do centrum w automacie, który od razu zżera mi kartę. No tak...
Z podziemi wyrasta mi Alvaro, który nie wiedzieć jak, odzyskuje mój jedyny dostęp do pieniędzy. Alvaro (któż wie jak naprawdę ma na imię) ma 70 lat i minę, która mówi; "kolejny durny turysta". Z tego miejsca chciałabym go gorąco pozdrowić.
Wysiadam w centrum i nie mam pojęcia co dalej. Szukam nieudolnie knajpki z wifi. Zataczając koła, wokół stacji z której wysiadłam trafiam na kiosk. Kupuję mapę. Mapę, na której widnieją jedynie nazwy głównych ulic. Całe szczęście niedaleko jest centrum handlowe, a tam informacja turystyczna. Miły pan z informacji mówi po angielsku i tłumaczy mi dokładnie gdzie mam iść, by trafić do hostelu. Tłumaczy jak krowie na rowie. Na mapie pokazuje mi tysiące różnych wersji dróg i wypisuje nazwy miejsc, które mam minąć. "You have to pass the riva. Riva!"
W końcu trafiam do hostelu (najbardziej luksusowego w jakim zdarzyło mi się spać). Szybkie Hola! do moich skacowanych, hiszpańskich współlokatorów, prysznic i już jestem z powrotem na ulicy. Nie muszę iść daleko. Hostel znajduje się na starym mieście. Spacer.
Po 10 minutach zaczepia mnie starszy pan pod krawatem, nazwijmy go Pablo. Zna kilka słów po angielsku, oferuje, że pokaże mi drogę do pięknie podświetlonego wieczorem zamku. Przystaje na propozycję. Po drodze opowiada o Picassie, głównie po hiszpańsku, ale coś tam rozumiem. Kiedy chce skręcić w pustą, ciemną uliczkę zaczynam węszyć podstęp, mówię, że dalej poradzę sobie sama. No i się zaczęło, że pieniądze, że mieszka na plaży, że ma niño, i że money mogę rozmienić tam. Po 10 min daję za wygraną, daję mu trochę drobnych. Już chcę sobie iść kiedy łapie mnie za rękaw i pyta "Tu smoke haszysz?".
Po tej miłej przygodzie stwierdziłam, że trzeba mi ten czas tu spędzić samotnie.
Pablo okazał, się być ostatnią osobą mówiącą po angielsku. Moja dalsza komunikacja opierała się na przypadkowo używanych słowach; hiszpańskich, francuskich, angielskich, rosyjskich i polskich...
Miało to miejsce np. w trakcie zamawiania posiłku:
- Hola! Do you tenemos pealla vagetariana?
-Si.
- Dobrze.. I mean haraszo... I mean D'accord. Una paella por favor i cafe con leche.
- Si.
Moja paella vegetariana okazała się posiadać w środku krewetki i niezidentyfikowane mięso. Kiedy przemiła kelnerka przyszła zabrać talerz, z którego zniknął jedynie ryż, powiedziała...
- Aaaa... vegetariana!
Malaga. Koniec części pierwszej bo idę spać.
środa, 5 lutego 2014
Problem z muzeum
Mam jakieś 7 lat. Babcia zabrała mnie na wycieczkę do Paryża.. Przed chwilą weszłyśmy do Musee d'Orsay. Przeszłam szybko obok wszystkich, znanych mi wcześniej z programów na Discovery obrazów. Zatrzymałam się na chwile przy mniej znanych szkicach. Weszłam w zakątek z portretami. Te których nie znałam zatrzymały mnie na kilka godzin. Babcia wyciągała mnie stamtąd siłą!
Następnego dnia idziemy do Luwru. Przebiegamy między najważniejszymi punktami wycieczki. Wenus z Milo, Nike z Samotraki, Mona Lisa. Zajmuje nam to parę godzin. Na odwiedzenie części egipskiej, którą chciałam zobaczyć brakło czasu. Na koniec jedynie (jak 90 % turystów) zgodnie stwierdziłyśmy, że Gioconda "jakaś taka mała".
10 lat później zdaję maturę z historii sztuki. Godzinami siedzę nad książkami, przyglądam się obrazom, które chciałabym kiedyś zobaczyć "na żywo". Bacon, Warhol, Kokoschka..
Parę lat później mam okazje.
Jestem w Waszyngtonie, w Smythsonian. Mam tylko godzinę do zamknięcia muzeum. Na początku zestresowana, że nie zdążę, chodzę nerwowo przyglądając się płótnom, szkicom, plakatom. Okazuje się, że czasu aż nadto. Wszystko mnie po prostu nudzi.
Dwa dni później jestem w Nowym Jorku w kolejce do MoMA. Kolejka długa, bo właśnie rozpoczęły się darmowe godziny zwiedzania muzeum. Stanie w kolejce okazuje się ciekawsze od samego bycia w środku. Podekscytowani ludzie są ciekawsi od tego czym się ekscytują. Obrazy? Cóż, już je widziałam.
Lecąc do Oslo myślałam; zobaczyć Muncha, zobaczyć Muncha... niestety moje finanse pozwoliły mi jedynie na wybór między krótkim rejsem a muzeum. Fiordów jeszcze nie widziałam, a SZTUKA? Wujek google już mi ją pokazał...
Pisząc to, jestem tuż po krótkim spacerze po stolicy Norwegii. Przechadzając się bocznymi uliczkami trafiłam na miejsce gdzie stały galeria na galerii. Spędziłam tam prawie godzinę przyglądając się wszystkiemu przez okna (wszystko zamknięte, był już wieczór). Opuściłam uliczkę tylko dlatego, że odmroziłam sobie twarz. Jeszcze chwila i nie miałabym czym patrzeć na przedziwne czasem bezsensowne instalacje, twórców tak mało znanych, że pewnie nawet ich matki nie rozpoznają ich rzeźb (a kto wie czy oni sami się czasem nie pomylą)
Byłam zauroczona.
Cudowne mamy życie. Nie musimy ruszać się z domów by zobaczyć słoneczniki van Gogha czy dziabdziaje (poproszę lincz za to słowo)Pollocka. Tylko co zrobić z tymi, którzy z tego domu się ruszają? Oczywiście są tacy którzy lubią odhaczać i nabijać na licznik miejsca, w których byli, oryginały, którym zrobili nielegalne zdjęcie. Ale co z tymi którzy chcą coś odkryć?
A może jestem po prostu niewzruszoną ignorantką? Nie wiem.
Dlatego powstrzymuje się od oglądania zdjęć miejsc do których jadę. Lubię się zaskakiwać. Dla świata pewnie już nic nie odkryję. Ale mogę odkryć wiele dla siebie.
W większości ludzi jest chyba ta sama potrzeba, która była w tych szaleńcach, co próbowali opłynąć ziemię (teraz jest łatwiej, bo już nie jest płaska). STWORZYĆ MAPY.To trochę jak ze znalezieniem świetnej piosenki, której nikt jeszcze nie zna.
Całe szczęście, ludzie wciąż się rodzą i wyrastają na artystów, o których jeszcze nikt nie napisał i których wciąż można odkryć. A wszechświat stale się rozszerza.
Czego sobie i państwu życzę.
Następnego dnia idziemy do Luwru. Przebiegamy między najważniejszymi punktami wycieczki. Wenus z Milo, Nike z Samotraki, Mona Lisa. Zajmuje nam to parę godzin. Na odwiedzenie części egipskiej, którą chciałam zobaczyć brakło czasu. Na koniec jedynie (jak 90 % turystów) zgodnie stwierdziłyśmy, że Gioconda "jakaś taka mała".
10 lat później zdaję maturę z historii sztuki. Godzinami siedzę nad książkami, przyglądam się obrazom, które chciałabym kiedyś zobaczyć "na żywo". Bacon, Warhol, Kokoschka..
Parę lat później mam okazje.
Jestem w Waszyngtonie, w Smythsonian. Mam tylko godzinę do zamknięcia muzeum. Na początku zestresowana, że nie zdążę, chodzę nerwowo przyglądając się płótnom, szkicom, plakatom. Okazuje się, że czasu aż nadto. Wszystko mnie po prostu nudzi.
Dwa dni później jestem w Nowym Jorku w kolejce do MoMA. Kolejka długa, bo właśnie rozpoczęły się darmowe godziny zwiedzania muzeum. Stanie w kolejce okazuje się ciekawsze od samego bycia w środku. Podekscytowani ludzie są ciekawsi od tego czym się ekscytują. Obrazy? Cóż, już je widziałam.
Lecąc do Oslo myślałam; zobaczyć Muncha, zobaczyć Muncha... niestety moje finanse pozwoliły mi jedynie na wybór między krótkim rejsem a muzeum. Fiordów jeszcze nie widziałam, a SZTUKA? Wujek google już mi ją pokazał...
Pisząc to, jestem tuż po krótkim spacerze po stolicy Norwegii. Przechadzając się bocznymi uliczkami trafiłam na miejsce gdzie stały galeria na galerii. Spędziłam tam prawie godzinę przyglądając się wszystkiemu przez okna (wszystko zamknięte, był już wieczór). Opuściłam uliczkę tylko dlatego, że odmroziłam sobie twarz. Jeszcze chwila i nie miałabym czym patrzeć na przedziwne czasem bezsensowne instalacje, twórców tak mało znanych, że pewnie nawet ich matki nie rozpoznają ich rzeźb (a kto wie czy oni sami się czasem nie pomylą)
Byłam zauroczona.
Cudowne mamy życie. Nie musimy ruszać się z domów by zobaczyć słoneczniki van Gogha czy dziabdziaje (poproszę lincz za to słowo)Pollocka. Tylko co zrobić z tymi, którzy z tego domu się ruszają? Oczywiście są tacy którzy lubią odhaczać i nabijać na licznik miejsca, w których byli, oryginały, którym zrobili nielegalne zdjęcie. Ale co z tymi którzy chcą coś odkryć?
A może jestem po prostu niewzruszoną ignorantką? Nie wiem.
Dlatego powstrzymuje się od oglądania zdjęć miejsc do których jadę. Lubię się zaskakiwać. Dla świata pewnie już nic nie odkryję. Ale mogę odkryć wiele dla siebie.
W większości ludzi jest chyba ta sama potrzeba, która była w tych szaleńcach, co próbowali opłynąć ziemię (teraz jest łatwiej, bo już nie jest płaska). STWORZYĆ MAPY.To trochę jak ze znalezieniem świetnej piosenki, której nikt jeszcze nie zna.
Całe szczęście, ludzie wciąż się rodzą i wyrastają na artystów, o których jeszcze nikt nie napisał i których wciąż można odkryć. A wszechświat stale się rozszerza.
Czego sobie i państwu życzę.
poniedziałek, 3 lutego 2014
Islandia w 6 godzin i 2 swetry
Już od dłuższego czasu chciałam tam pojechać. Perspektywa bycia w miejscu gdzie nie ma nic i nikogo, tylko wulkany i gejzery, była wystarczająco bezsensowna by zaczęła mnie pociągać. Nie dało się tam jednak dotrzeć na piechotę, wpław wolałam nie próbować, bilety lotnicze w cenach czterocyfrowych...
Wyszukiwarka lotów zesłała mi jednak nadzieję. Wracałam wtedy ze Stanów. Trafiła mi się przesiadka z sześciogodzinnym oczekiwaniem na samolot. Koło Reykjawiku. Wujek google powiedział, że lotnisko jest w mieście, a europejski paszport pozwolił mi to lotnisko opuścić.
Hura!
Był początek października, wylatywałam z Nowego Jorku. Temperatura ok. 20 stopni, ludzi więcej niż dużo. Weszłam do samolotu, zasnęłam. Obudziłam się przy lądowaniu. Z półotwartymi oczami przeszłam przez kontrolę paszportów, minęłam drzwi...
20 stopni zmalało o 19, ludzie gdzieś wyparowali. Spojrzałam przed siebie. Ocean i góry. Spojrzałam w prawo; nic, nic, nic, nic. Spojrzałam w lewo; gejzer. W oddali zobaczyłam jadący autokar, zaczęłam biec w jego kierunku wykrzykując losowe słowa. Autokar się zatrzymał. W środku była trójka ludzi. Kierowca - rodowity Islandczyk oraz amerykańskie małżeństwo. Okazało się, że małżeństwo jest bogate, jedzie do hotelu Mariot i w sumie zgadza się, żeby mnie podwieźć swoim wynajętym autokarem, który mieścił tylko ich, kierowcę dwie walizki no i od teraz jeszcze mnie.
Amerykanie jak to amerykanie, mają fioła na punkcie wielkości i ilości więc w swoim wielkim środku transportu opowiadali jakich to oni krajów nie zwiedzili. A w zasadzie to ile. Bo odwiedzone miejsca podawali w liczbach. Każdy kraj nabity na licznik.
Pan kierowca ewidentnie ich nie polubił. Ale mnie i owszem, pozwolił mi usiąść koło siebie i zaczął opowiadać o skałach, magmie, legendach, o tym, że te góry tam to nie góry tylko wulkan, że jego dzieci już stąd wyjechały bo nic tu nie ma, a ta mała biała chatka, tam nad oceanem to dom pani prezydent.
Dowiedziałam się całkiem sporo, bo choć google ewidentnie pokazywało, że lotnisko jest w centrum miasta to jechaliśmy tam 40 min. W końcu jednak dotarliśmy i okazało się, centrum stolicy Islandii składa się z 2 (słownie dwóch!?), ulic po 50 m każda oraz braku ludzi. Zrobiło mi się już bardzo zimno więc weszłam do pierwszej lepszej kawiarni jaką znalazłam.
I właśnie tam znaleźli się ludzie. Cała populacja Islandii stłoczyła się w tym dziwnym miejscu o powierzchni 10 m2. Ludzie siedzieli, na krzesłach, stolikach, podłodze, za barem, w drzwiach do kuchni. Prawdopodobnie każdy z nich znał angielski. I wszyscy mieli na sobie puchowe kurtki. Wypiłam espresso za około milion i wyszłam. Była jakaś 8 rano w poniedziałek (bądź inny irracjonalny dzień tygodnia). Poszłam do portu. 2 jachty i 2 kutry. A w środku portu wielki oszklony nowoczesny budynek, który okazał się być filharmonią (?!?). Wyglądało to tak jakby ktoś postawił Złote Tarasy w miasteczku, w którym jest 76 mieszkańców. Nagle ze szklanego kolosa zaczęli wysypywać się ludzie z trąbkami, puzonami, tubami... Szli ulicą i nikli w oddali. Dalej, w promieniu kilku kilometrów połyskiwał lodowiec.
Zakochałam się w tym miejscu.
Niestety niedługo potem musiałam wracać. Powodem było nawet nie to, że musiałam złapać samolot. Po prostu zamarzałam.
Już na lotnisku weszłam na chwilę do kiosku. Okazało się, że sprzedawca mówi po polsku (tak, w kraju w którym praktycznie nie ma ludzi, sprzedawca w kiosku na lotnisku mówi po polsku ?!?!?!). Porozmawialiśmy chwilę. Cieszył się, mogąc sprawdzić czy rozumie, czy rozumiem ja.
Na odchodne powiedział mi; Macie dziwny język. Musicie mieć też dziwny kraj.
Wyszukiwarka lotów zesłała mi jednak nadzieję. Wracałam wtedy ze Stanów. Trafiła mi się przesiadka z sześciogodzinnym oczekiwaniem na samolot. Koło Reykjawiku. Wujek google powiedział, że lotnisko jest w mieście, a europejski paszport pozwolił mi to lotnisko opuścić.
Hura!
Był początek października, wylatywałam z Nowego Jorku. Temperatura ok. 20 stopni, ludzi więcej niż dużo. Weszłam do samolotu, zasnęłam. Obudziłam się przy lądowaniu. Z półotwartymi oczami przeszłam przez kontrolę paszportów, minęłam drzwi...
20 stopni zmalało o 19, ludzie gdzieś wyparowali. Spojrzałam przed siebie. Ocean i góry. Spojrzałam w prawo; nic, nic, nic, nic. Spojrzałam w lewo; gejzer. W oddali zobaczyłam jadący autokar, zaczęłam biec w jego kierunku wykrzykując losowe słowa. Autokar się zatrzymał. W środku była trójka ludzi. Kierowca - rodowity Islandczyk oraz amerykańskie małżeństwo. Okazało się, że małżeństwo jest bogate, jedzie do hotelu Mariot i w sumie zgadza się, żeby mnie podwieźć swoim wynajętym autokarem, który mieścił tylko ich, kierowcę dwie walizki no i od teraz jeszcze mnie.
Amerykanie jak to amerykanie, mają fioła na punkcie wielkości i ilości więc w swoim wielkim środku transportu opowiadali jakich to oni krajów nie zwiedzili. A w zasadzie to ile. Bo odwiedzone miejsca podawali w liczbach. Każdy kraj nabity na licznik.
Pan kierowca ewidentnie ich nie polubił. Ale mnie i owszem, pozwolił mi usiąść koło siebie i zaczął opowiadać o skałach, magmie, legendach, o tym, że te góry tam to nie góry tylko wulkan, że jego dzieci już stąd wyjechały bo nic tu nie ma, a ta mała biała chatka, tam nad oceanem to dom pani prezydent.
Dowiedziałam się całkiem sporo, bo choć google ewidentnie pokazywało, że lotnisko jest w centrum miasta to jechaliśmy tam 40 min. W końcu jednak dotarliśmy i okazało się, centrum stolicy Islandii składa się z 2 (słownie dwóch!?), ulic po 50 m każda oraz braku ludzi. Zrobiło mi się już bardzo zimno więc weszłam do pierwszej lepszej kawiarni jaką znalazłam.
I właśnie tam znaleźli się ludzie. Cała populacja Islandii stłoczyła się w tym dziwnym miejscu o powierzchni 10 m2. Ludzie siedzieli, na krzesłach, stolikach, podłodze, za barem, w drzwiach do kuchni. Prawdopodobnie każdy z nich znał angielski. I wszyscy mieli na sobie puchowe kurtki. Wypiłam espresso za około milion i wyszłam. Była jakaś 8 rano w poniedziałek (bądź inny irracjonalny dzień tygodnia). Poszłam do portu. 2 jachty i 2 kutry. A w środku portu wielki oszklony nowoczesny budynek, który okazał się być filharmonią (?!?). Wyglądało to tak jakby ktoś postawił Złote Tarasy w miasteczku, w którym jest 76 mieszkańców. Nagle ze szklanego kolosa zaczęli wysypywać się ludzie z trąbkami, puzonami, tubami... Szli ulicą i nikli w oddali. Dalej, w promieniu kilku kilometrów połyskiwał lodowiec.
Zakochałam się w tym miejscu.
Niestety niedługo potem musiałam wracać. Powodem było nawet nie to, że musiałam złapać samolot. Po prostu zamarzałam.
Już na lotnisku weszłam na chwilę do kiosku. Okazało się, że sprzedawca mówi po polsku (tak, w kraju w którym praktycznie nie ma ludzi, sprzedawca w kiosku na lotnisku mówi po polsku ?!?!?!). Porozmawialiśmy chwilę. Cieszył się, mogąc sprawdzić czy rozumie, czy rozumiem ja.
Na odchodne powiedział mi; Macie dziwny język. Musicie mieć też dziwny kraj.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)